... nie masz nic do stracenia, śpiewał Bob D. (oczywiście po innym języku, jak mawia Córa, oraz w mało optymistycznym kontekście). Nie masz także nic do dzielenia, i to jest jeden z zaskakujących plusów nie-dorobienia-się (plusów, dodajmy, których na co dzień się nie docenia). Nic tu nie jest moje (ok, przesadzam z tym "nic". Rozstrojone pianino, koty, trochę książek, trochę ciuchów, kilka kubków, lampka... o, plecak, owszem...), nic tu nie jest moje - to, co było bolączką, zarzutem i zgryzotą, teraz staje się pierwszym wersem pieśni wyzwolenia.
Z serii "debilne prezenty": jeszcze-mój-szwagier podarował mi prezent gwiazdkowy - siódmy tom sagi dodawanej do "Faktu", z rekomendacją "jak jechałem na wakacje to sobie kupiłem do pociągu i przeczytałem, myślę, że ci się spodoba". WTF? Może powinnam mu podarować do połowy zużyty płyn do higieny intymnej dla kobiet? :|
skomentuj (0)Jeleń szlachetny, cervus elaphus - gatunek dużego ssaka z rodziny jeleniowatych. Niestety, w definicjach, do których dotarłam, nie wyjaśnia się, gdzie leży granica między "jeleń" a "szlachetny". Być może zresztą tej granicy po prostu nie ma i to właśnie jest odpowiedź na bolączkę (tygo)dni ostatnich, tak sobie myślałam. Może skoro szlachetny, to jeleń? Ale nie, szlachetny może być też borowik, czy ja nie mogłabym mieć wahań z cyklu: czy ja jestem szlachetna, czy ja jestem borowik? Otóż najwyraźniej nie. Jak bym nie kombinowała, to mi wychodzi, że jestem dużym ssakiem - owszem, jestem - z rodziny jeleniowatych. Kto: jeleń. Jaki: szlachetny. I biologia, i gramatyka są przeciwko mnie, mam wrażenie. A cóż jest jeleń winny, że się nie urodził, dajmy na to, pancernikiem? Ano winny jest, najwyraźniej. Albo że się nie urodził jako jeleń bojowy, tylko, cholera ciężka, szlachetny? Jeleń bojowy, pancernik szlachetny - to by było bardziej sprawiedliwe. Nie, tak dobrze to nie ma, proszę pań i panów, więc gdyby ktoś z państwa w przypływie altruizmu chciał jakiś dobry uczynek machnąć, to proszę mi tu sypnąć nieco sianka, ja sobie tym siankiem ciemną norkę wymoszczę i będę oczekiwała cudu ewolucyjnego - przepoczwarzenia jelenie szlachetnego w, do wyboru: mopka, pancernika lub leniwca.
skomentuj (0)Nie rozśmieszaj mnie - pejzaż po prostu nie istnieje.
skomentuj (0)
Sobota, nieco ponad połowa września. Co udało mi się zobić tego pięknego dnia? Ach, posprzątać (z grubsza, bynajmniej nie wymyłam okien ani nie złożyłam wszystkich posiadanych ręczników w idealne kosteczki [bo i po co, w sumie? - przychodzi do głowy taka myśl...]), ogarnąć pranie, zagonić Córę do jakichś rozwijających zajęć (z trudem, młoda jest zdolna, owszem, a jeśli trzeba w coś włożyć nieco wysiłku, to nadal jest zdolna - do wszystkiego, z histerią włącznie), posprzątać (zespołowo) piwnicę mojej matki, zawieźć Ślubnego na mecz, zrobić kopytka (których, dodajmy, nie zjem, bo jednak lubię mieć nadzieję na odzyskanie chociaż namiastki talii), pozmywać tonę naczyń, odwiedzić babcię Ślubnego, po drodze zrobić zakupy dla niej (i dla nas przy okazji), w międzyczasie zapewnić posiłki głodnym, pociechę strapionym, oraz dyskretnie paść na twarz, na szczęście nikt się nie zorientował, że padłam ("na twarz upadać i znów się podnosić", rzecze poeta). I tutaj podkreślić należy, że nie jestem z siebie dumna, że taka oto skuteczna, pracowita mróweńka ze mnie. Jestem szczerze zapętlona - bo nie zrobiłam nic niezwykłego, nie zbawiłam świata, nie zabawiłam siebie, gdybym właśnie teraz zakończyła żywot, to na nagrobku powinnam mieć napisane: nic nie osiągnęła, nie zrobiła nic, za co warto by ją pamiętać, NAWET nie umyła okien.
Możnaby dodać - chociaż byłoby to dziwne epitafium - że od lat autorka była (i, okazuje się) jest obiektem zainteresowania biseksualnej znajomej oraz jej męża, których to ludzi widziała może z 5 razy w życiu. Nie jestem pruderyjna, o nie, ale jakoś nie odnajduję się w sytuacji, gdy obcy ludzie zapraszają mnie do skądinąd sympatycznej figury geometrycznej, ot, taka życiowa planimetria. Nie chodzi o samą ideę, nic nie mam do trójkątów, mają wiele szalenie ciekawych właściwości. Ale... no jakoś nie znalazłam przekonującego uzasadnienia, dla którego to akurat mnie usiłują zrekrutować moi-nawet-nie-znajomi. Chyba że się czepiam, nie wykluczam. Jak zdiagnozował mnie jeden z Byłych: jestem przeintelektualizowana. Jako że jestem przy okazji nieco, ekhem, cierpka, to dodam od siebie, że Były tak wielosylabowych słów nie znał, toteż skłonna jestem uznać, że to moja następczyni, skądinąd skutecznie, szacun dla niej, podsuwała mu argumenty przeciwko kontynuacji znajomości ze mną. Uważam to za dowód strategicznego geniuszu, wyczuć ofiarę na tyle, żeby przekonać ją o własnej wyższości słowy "ta twoja dziewczyna jest taka jakaś, wiesz... przeintelektualizowana, nie wydaje ci się? ty ją w ogóle rozumiesz? bo ona używa takich jakiś trudnych słów, no na przykład metafora. Ja to nawet nie znam takich określeń...". Było to wiele lat temu, i jestem jej głęboko wdzięczna, naprawdę. Jednym zgrabnym posunięciem (które odbyło się na biurku na zapleczu jednej z kultowych knajp w Mieście, biurko to niejednego posunięcia było świadkiem) uszczęśliwiła kilka osób, doraźnie dwie, o ile mi wiadomo, zaś w dalszej perspektywie przynajmniej cztery plus potomstwo. W sumie, taki czyn się nadaje na epitafium, że ho ho.
Sny mam ostatnio jakieś pojechane, nie utożsamiam się z nimi, co jest o tyle osobliwe, że jednak jestem ich bohaterką. Na przykład śniło mi się ostatnio, że niedawno poznany kolega miał skłonność do mnie, ale się zgrabnie maskował. Niestety, był to MÓJ sen ("ten sen przeraża mnieeeeee"), więc ja wiedziałam, mógł sobie maskować co chciał. No i kolega ów wdzięcznie się gibnął w moją stronę ustami, co w efekcie dało niewinnego cmoczka w policzek oraz żartobliwe dmuchnięcie w grzywkę, chociaż wiedziałam, że akurat w jego wyobraźni to nieco inaczej było projektowane. Cóż zatem zrobiłam? Dobrotliwie się uśmiechnęłam do niego, wyrozumiale i z lekka współczująco, że tak cierpi biedaczyna, i myśl mnie naszła: cholera ciężka, przecież to jest MÓJ sen, i wówczas się przeraziłam naprawdę, gdyż dotarło do mnie, że przy mojej aspołeczności i paranoi wysoce prawdopodobne jest, że wręcz przeciwnie, nie ja czytam w myślach kolegi, który tu więdnie romantycznie, tylko się mylę diabelnie, bo to on czyta w moich, o których ja nawet nie wiem, i że zatem, kto wie, może to ja mam skłonność do niego, tylko o tym nie wiem, a on z litości mi taki ochłap rzucił, że mnie cmoknął w mięsień jarzmowy większy, żebym miała czym się ekscytować wieczorami. Ha! - pomyślałam we śnie - a jednak mnie nie przechytrzysz, ty obłudninku, i wdzięcznie się gibnęłam w stronę kolegi, aplikując mu kilka ciosów, nie wiem w jakim stylu, bo nie znam żadnego. Kolega przeżył, znaczy - we śnie przeżył, co na jawie się u niego dzieje - hm, unikam go aktualnie ("stary, nie, nie pójdę z tobą na piwo, bo jeszcze liżesz rany po tym, jak cię zmasakrowałam na jakiejś działce"). Kiedyś - tu taka autobiograficzna dygresja w tej autobiograficzej dygresji, jaką jest ten blog - kolega (inny, nie ten ze snu) zaprosił mnie na trening czegoś, rzucali tam sobą o glebę, machali kończynami i ogólnie taki trochę film akcji dla ubogich, i po treningu kolega ów odprowadził mnie do domu. Niedaleko od miejsca, w którym wówczas mieszkałam, poprosiłam go - jaki banał - żeby mnie czegoś nauczył z tego, co trenuje. Pokazał mi jakąś nieskomplikowaną sekwencję, którą ochoczo zastosowałam, z zaskakującym efektem, bowiem miotnęłam nim bez wysiłku o chodnik. Później moja matka, która obserwowała tę sytuację (ten wątek zostawiam bez komentarza) opisywała ją tak: no i co ta wariatka (ja znaczy) znowu wyczynia? tańczy z P. na przystanku?! Możliwe, że ta trauma (do wyboru: matka śledząca większość moich działań / jej wspierające nastawienie / przekonanie, że taniec [którego nie było, hallo] ze mną nieuchronnie prowadzi do upadku na plecki / inne) zainicjowała klasyczną, wszechogarniającą sekwencję traumy, która zdominowała moje życie. QED.
skomentuj (0)
Ostatnich kilka dni spędziłam robiąc za kaowca oraz opiekunkę stadka dorosłych. W sumie, uczciwie mówiąc, wolę jednak zajmować się Córą, bo w razie czego mogę jej włączyć bajkę lub zaproponować jakąś zabawę, która ją wciągnie na jakiś czas. Z dorosłymi było gorzej, zatem w konsekwencji z pewnym zdumieniem oraz głęboką świadomością nieutożsamienia się z sobą w danej sytuacji robiłam następujące rzeczy: - śpiewałam polskie piosenki ludowe, furorę zrobiła ta o owocku na krzyż ciachniętym - biegałam po jakimś podrzędnym hotelu w poszukiwaniu lampki nocnej - tańczyłam poloneza, akompaniament własny metodą gębową - żebrałam niechcący o jedzenie, konkretnie o kanie (w poszukiwaniu cmentarza dogodnie usytuowanego w środku lasu przemierzałam ostępy różne, i napotkałam grzybiarza, który zapewne pożałował mnie, słusznie zresztą, i dał mi kanie). Dowiedziałam się także, na przykład, że mam bardzo ironiczny uśmiech, nie dziwi mnie, że ironiczny, dziwi mnie, że w ogóle uśmiech, ale jaki miałam mieć, skoro podstarzały lowelas, usiłujący imponować mi znajomymi (pianę z ust toczę, jak ktoś sobie nazwiskami gębę wyciera) zaślinił się dotkliwie na widok blond bestii przy stoliku obok (bestia urody znacznej i do tego starannie podkreślanej, owszem, no ale hallo, ja się nie podniecałam na widok różnorodnych samców [lub przynajmniej tym podnieceniem nie dzieliłam], zaś, nie okłamujmy się, lowelas u bestii nie miał szans, ani wyglądem, ani stanem posiadania, ani koneksjami). W każdym razie były to dni interesujące, acz męczące.
Refleksja poboczna: nigdy nie byłam dobra w dekonstruowaniu ukrytych den. Więc na przykład mail treści: tak, wiem :) i wiesz że wiem :) i wiem również, że wiesz, czego nie wiem co napisać :) więc dobrze: dobrze wiedzieć, będący odpowiedzią na mojego maila z przypomnieniem, że w razie czego może adresat liczyć na moją pomoc, nieco mnie przerasta. Zatem: troszkę nie wiem co wiem, ale skoro wiesz, że wiem, to wiem, że wiesz, co wiesz i ufam, że to wystarczy. I patrzę sobie na wszystko, co we mnie i ze mną się dzieje, i dochodzę do wniosku, iż - jeśli chcę osiągnąć stan ducha taki, jakiemu sprzyjać ma kontemplacja w sekitei, to muszę równie wyjałowiony i wygrabiony mieć ogródek ducha mego, że tak banałem słownym rzygnę tutaj. Świadomość tego, że wszelkie byty są jedynie zawirowaniami pustki - pomaga.
Osoby, które rozpoczęły czwartą dekadę życia... jasny gwint, ciężki początek... chciałam jakoś złagodzić "skończyły 30 lat", a wyszło mi mocno przygnębiająco... w każdym razie osoby 30+ proszę ewentualnie o wypowiedzenie się w kwestii, czy przeszły kryzys związany z przekroczeniem tej granicy, a jeśli tak, to kiedy on minie. Patrzę na zdjęcia ludzi w moim wieku, a wydają mi się oni tak zdumiewająco młodzi i beztroscy, ja na ich tle to jakaś absurdalnie stara jestem, mnie już nic nie zdziwi, mnie już nic nie czeka. To przejdzie, prawda? (na przykład w stan chroniczny, tudzież w stan ostry, z wrodzonym optymizmem dodam).
Jednakowoż należy podkreśłić, że przynajmniej, faktycznie, nie dziwię się, kiedy wróciwszy z wakacji dowiaduję się, że mieszka z nami mój szwagier, bo go do tego sytuacja życiowa zmusiła. Pracy nie ma, pieniędzy nie ma, więc oczywiście pomocy oczekuje od rodziny. Toteż rodzina mu, naturalnie, pomaga. Moja teściowa pomaga mu, na przykład, w ten sposób, że oznajmia memu mężu, że ona już nie ma siły do tego, żeby całe życie wiecznie im poświęcać, i że on ma stanąć na wysokości zadania i sprostać, następnie wychodzi do swojego konkubenta się zrelaksować, póki nie ma w domu żony owego konkubenta. Aktualnie teściowa przebywa na urlopie, ot, taka drobna anegdotka na temat, voila: z przyjaciółką mianowicie przebywa na urlopie, i z wywczasu dzwoni do swego syna, który akurat w owym momencie był moim mężem i ojcem swej Córy, co realizował metodą grania w grę planszową, ale cóż, jej synem jest wszakże zawsze, toteż wykrzyczała, że - tralala, moda na sukces - edycja polska - zadzwoniła do niej żona brata pociotka kuzyna szwagra eksnarzeczonej byłego męża pierwszej żony stryjecznej siostry etc, iż, nie, to nie koniec, teściowa mego szwagra zdobyła numer telefonu do matki mojego nieżyjącego teścia i nieświadomą babunię oderwawszy od Radia M., poinformowała, że jej wnuk, a mój szwagier, to narkoman, kryminalista, alfons i damski bokser. Tu telefon teściowej wyrwała z rąk jej przyjaciółka i przez kwadrans obsztorcowywała syna swojej przyjaciółki, a mojej teściowej, że nie szanuje matki, która jest przemęczona, przepracowana, całe życie im poświęciła, o siebie nic a nic nie dbając, i w końcu ma ta anioł, nie kobieta, chwilę odpoczynku, a on, już w danym momencie nie mój mąż, lecz jej syn, za nic, za nic ma tę bohaterkę cichą i czy doprawdy nie mógłby przez dosłownie kilka dni jej głowy nie zawracać, żeby biedulka etc etc. Na nic zdały się protesty syna, który niekiedy bywa moim mężem, został postawiony do kąta za to, że znowu zrobił mamusi przykrość, bo nie czyta w myślach teściowej swego brata i nie uprzedza jej dziwnych zachowań. Zły chłopczyk, a fe. A ja się, panie dzieju, nie dziwię.
I nie dziwi mnie taki dialog - wracamy z wakacji, końcówka trasy, mijamy osiedle R. i luźno gawędzimy sobie ze ślubnym, że na tymże osiedlu mieszka sporo znajomych, wymieniamy tychże, ślubny wspomina nawet, że na początku liceum (jakieś niemal 20 lat temu) miał tu dziewczynę. Z tylnego siedzenia odzywa się Córa, która, przysięgam, sekundę wcześniej jeszcze była pogrążona w głębokim śnie: ALE TERAZ MASZ, TATO, INNĄ DZIEWCZYNĘ. MOJĄ MAMĘ, A TWOJĄ ŻONĘ. A JA JESTEM WASZĄ CÓRKĄ. TY JESTEŚ MĘŻEM MOJEJ MAMY, TATO. Dobitnie klaruje nam związki między naszą trójką, potwierdzamy, że tak, owszem, jestem matką i żoną, on jest ojcem i mężem, Córa zaś jest Córą, na co Córa pointuje - a ja często myję zęby, prawda? Ona pointuje, ja się nie dziwię.
Tak sobie myślę, że byle do 6 września, kiedy to odzyskam nieco autonomii. A jak 7 września wstanę i będzie, jak jest, to sobie pomyślę, że niech no tylko zakwitną jabłonie. A jak jabłonie zakwitną i będzie jak jest... to wyjadę do Bollywood z Córą, robić karierę filmową, ewentualnie.
Chciałabym tu dodać, że to nie jest tak, że ja na blogu wylewam żółć i żale, a w praktyce wiodę sobie żywot lekki i przyjemny. Otóż niestety wręcz przeciwnie, dlatego na blogu pojawiam się jedynie wtedy, gdy łapię odrobinę dystansu. ALE, jako że wszystko już było, to przypominam sobie, że - nie chcę się skarżyć na swój los i że przecież nie dziwi nic.
skomentuj (0)
Przerost codziennych zmagań nad wszystkim innym doprowadził mnie do konkluzji licznych, część z nich tu oto zwerablizuję. Otóż olśniło mnie, kiedy kolejny raz odkrywałam, że czegoś, o czym myślałam, że jest - na przykład myślałam sobie o poranku naiwnie: "zjem kanapkę" (w domyśle: są w domu składniki na kanapkę) albo "wypiję kawkę" (jw.), a tego czegoś - chleb, masło, serek, mleczko do kawy - nie ma, że moi domownicy zachowują się jak jakieś rozpuszczone nastolatki. Sama się tak zachowywałam (tzn. nie myślałam o tym, czy - skoro zjem chleb - moja matka będzie miała z czego zrobić sobie kanapkę do pracy, lub że być może tę porcję sałatki odłożyła sobie rodzicielka moja po to, żeby ją zjeść, jak padnięta wróci z pracy etc), a nie byłam, jak sądzę, jakąś nadmiernie rozpuszczoną nastolatką. Tym niemniej uznałam, że przeprowadzę eksperyment (wytrzymałości mózgu na ból, aż chciałoby się dośpiewać) i popatrzę na codzienność tak, jakbym w domu oprócz dziecka właściwego miała jeszcze dwoje nastolatków - teściową i męża. I co? I działa!! To znaczy o tyle działa, że wiem, czego się spodziewać i dzięki temu jestem bardziej wyluzowana.
Zatem - co dziś zrobiła moja nastolatka? Wyczesała swojego psa na balkonie. Ona ogólnie lubi siedzieć na balkonie, owszem, acz nie zdarzyło się, żeby na nim posprzątała. Na podłodze balkonu leży sztuczna trawka, która fenomenalnie łapie wszelkie brudki typu futro, płatki kwiatów, nitki etc. Tak więc nastolatka usiadła sobie wśród kwiatów (nastolatka lubi kwiaty, o tak, ba, nawet niekiedy je podlewa, ale już o takie niuanse, jak usunięcie zeschniętych liści i kwiatów nie dba, bo nie może - szkodzi jej na manicure), wyczesała psa i poszła na spacer. Po powrocie zrobiła sobie (to i tak nieźle, w sumie) obiad - ze składników, które osobiście nabyłam i przyniosłam, oraz dóbr szczególnych, jak przywiezione od mojej babci wiejskie jajka kurze (przywoziłam jest z założeniem, że Córa zje, ale nie wiem, czy zdąży, bo w ciągu półtora tygodnia 30, słownie: trzydzieści jajek zostało skonsumowanych przez nastolatkę. Bo lubi) lub przez moją matkę przygotowane przeciery, dżemy etc (założenie jak wyżej, że Córa zje, uzasadnienie nastolatki: bo lubi oraz ona nie ma pieniędzy na luksusy, więc zjada te przeprzepyszne, no i zdrowie dżemy etc). Na podwieczorek nastolatka, jak się okazało, skonsumowała sałatkę, którą sobie, o naiwna, przygotowałam na jutro.
A nastolatek? poza tym, że wyszedł z psem swojej matki (jak co wieczór, zresztą)? nic nie zrobił, ZUPEŁNIE NIC. Zastanwiam się, czemu codziennie wychodzi na spacer z psem swojej matki, zaś ze swoją córką moooooże raz w miesiącu, a i to zwykle w ramach przeze mnie zorganizowanej rozrywki uwzględniającej spacer.
No to mam przejebane.
skomentuj (3)